Była sobie książka
Przeczytałem w swoim życiu wiele książek, ale było kilka takich, które mocno na mnie oddziaływały. Pokazały mi pewne sprawy z innej perspektywy, a czasami potrafiły boleśnie ukłuć i pokazać, że nie jestem na dobrej drodze.
W 2021 roku przeczytałem „Fastlane Milionera” de Marco. Choć tytuł może brzmieć jak scam dla naiwnych, to w gruncie rzeczy jest to praktyczna książka, która czasami, można by rzec, pisze o rzeczach oczywistych. Bo w zasadzie wiele rzeczy jest oczywistych. Jeśli nie będziesz dobrze zarabiać, to nie będziesz bogaty. Jeśli pracujesz w zawodzie, w którym nawet najlepsi nie są dobrze wynagradzani, to Ty też nie będziesz.
To, co we mnie uderzyło, to to, że chcąc poprawić swoje życie, muszę zmienić siebie. Swoje przyzwyczajenia, nawyki, sposoby spędzania wolnego czasu. Był to dla mnie czas potężnej refleksji nad swoim życiem. Nad tym, kim jestem i jak pożytkuję każdy dzień.
Doszło do mnie, że zadowalam się bardzo płytkimi rzeczami. Takimi, które „nasycają” na jeden dzień. Wstać rano i pracować do 16:00. Zjeść, pograć, pooglądać serial. W weekend spotkać się ze znajomymi, pośmiać się, napić, obejrzeć coś przed snem. Ostatnie 15 minut dnia poświęcić na przeglądanie reelsów czy innych shortsów. I tak powtarzać cykl tydzień w tydzień.
Nie uprawiałem żadnego sportu, parę miesięcy wcześniej zrezygnowałem z trenowania kung-fu. Nie zastąpiłem tego żadną inną aktywnością. Byłem w stresującej pracy, w trakcie której podjadałem chipsy i słodycze, żeby w jakiś sposób odreagować.
A jednak gdy pomyślałem o tym, że mógłbym to wszystko pozmieniać i za jakiś czas być w innym miejscu w życiu, czułem pewną niechęć. Mówiłem sobie, że lubię te spotkania z kumplami, nie chcę rezygnować z gier i seriali, a wizja chodzenia na siłownię czy innej aktywności też była jakoś odpychająca.
Jednocześnie chciałem być w innym miejscu i nie chciałem niczego zmieniać.
Byłem sobie Ja
A jednak słowa z tej książki ciągle były w mojej głowie. Bardzo mocno mi utkwiły. Dość niespodziewanie postanowiłem, że muszę zmienić pracę. Wiedziałem, że to ona w dużej mierze oddziałuje na mnie negatywnie. Był to ciężar, który musiałem z siebie zdjąć, żeby móc zacząć wdrażać kolejne zmiany.
Powiedziałem szefowi, że to mój ostatni miesiąc w pracy. Nie miałem wtedy żadnej opcji B. Mimo to czułem, że to jest ta rzecz, którą muszę zrobić. Na drugi dzień zacząłem wysyłanie CV. Zaskoczyło mnie to, że zatrudnienie znalazłem bardzo szybko, dogadałem się z inną firmą w ciągu zaledwie dwóch dni. Gdy to się stało, poczułem, jaki balast udało mi się z siebie momentalnie zrzucić.
Kolejnym krokiem był powrót do rozwijania się. Jako nastolatek uwielbiałem czytać książki. Niektóre były jedynie rozrywką, ale wiele z nich dotyczyło praktycznych dziedzin życia. Niestety, podczas studiów sięgałem jedynie po te lektury, po które sięgać musiałem. Po zdaniu magisterki nie czytałem przez dobre dwa lata niczego. To był w zasadzie przypadek, że w moje ręce wpadł „Fastlane” i uznałem, że spróbuję go przeczytać. Skoro jedna książka dała mi tak mocno do myślenia, to co może zrobić ich większa ilość?
Dlatego uznałem, że czas wrócić do korzeni, ale małymi krokami. Żeby znaleźć sobie chwilę na czytanie, musiałem zrezygnować z którejś z płytkich przyjemności. Wybór padł na reelsy i shorty. To był też pierwszy krok do ograniczania sobie social mediów, choć wtedy jeszcze nie byłem tego w pełni świadom.
I tak w 2021 roku przeczytałem 7-8 książek. Zacząłem od tych związanych z nawykami. Wiedziałem, że aktualnie moje życie jest bardzo chaotyczne i poza stałymi godzinami pracy cała reszta po prostu „się dzieje”. W tym temacie mogę szczególnie wyróżnić „Atomowe Nawyki”, które napisał James Clear. To był pierwszy etap do zrozumienia, czemu czasami czas tak bardzo przeciekał mi przez palce.
Pierwsze nieudane próby
Z czasem zacząłem dokładać sobie kolejne rzeczy. Wróciłem do trenowania kung-fu, a do tego uznałem, że czas mocno ograniczyć korzystanie z social mediów. Przestałem też codziennie oglądać seriale, choć nadal poświęcałem im sporo czasu.
I szło dobrze, póki… przestawałem mieć ochotę na te wszystkie zmiany. Z czasem wracałem do przyzwyczajeń. Dziś wiem, że to dlatego, że bazowałem na motywacji. Gdy jej brakowało, wszystko się rozjeżdżało.
Od roku prowadzę swój dziennik. Na jednej z pierwszych stron zapisałem sobie wielkimi literami frazę: MOTYWACJA TO GÓWNO. Dziś już niczego od niej nie uzależniam. Wiem, że jest to zbyt duża zmienna. Wtedy jednak bazowałem na przejściowych zrywach. Wiedziałem już, jak działają nawyki, ale często nie działałem według schematów, które pomogłyby mi je utrwalić.
Chcąc jednak robić jakiś progres, zacząłem większą uwagę skupiać na jedzeniu. Ograniczenie syfiastego żarcia sprawiło, że z czasem mój organizm miał więcej energii. A gdy jeszcze dorzuciłem do tego (nieco) silniejszą wolę, to zacząłem pomału wychodzić z pewnego marazmu.
Niepełne przebudzenie
Pisanie tego tekstu uświadomiło mi, że mógłbym napisać o ostatnich trzech latach własną książkę. Zamiast niej pojawi się na tej stronie sporo tekstów, które skupią się na poszczególnych etapach przełamywania kolejnych barier i odkrywaniu radości z życia.
Gdy cofam się wspomnieniami do przeszłości, to widzę, ile lęków… miało swoje uzasadnienie. Bo zmiany naprawdę wymagały i wymagają pracy. Nic nie przyszło samo z siebie. Z drugiej strony teraz wiem też, ile z tych rzeczy nie była wcale taka trudna. Po prostu czasami samo ruszenie tyłka wymaga irracjonalnych pokładów siły.
Czasem miewam też gorsze okresy. Mam jednak aplikację, w której zapisuję sobie rzeczy, które zrealizowałem (bądź nie) w ciągu dnia. Na koniec miesiąca mogę porównać, czy na przestrzeni czasu się poprawiłem czy pogorszyłem. I cieszy mnie to, że teraz nawet podczas kryzysów nigdy nie sypie mi się każda sfera mojego życia. Nawet jeśli na jakiejś płaszczyźnie nawalę, to udaje mi się utrzymać inne. Kiedyś mi się nie udawało.
Nie chcę przedłużać tego tekstu. Miał z niego płynąć taki morał, że zmiany nie zawsze przychodzą z dnia na dzień, a czasami można nawet nie sądzić, że coś da się zmienić. Ja obawiałem się trudu, jaki trzeba będzie włożyć we wdrażanie pewnych rzeczy oraz utraty tych płytkich, ale jednak codziennych przyjemności. Dziś widzę, że zastąpiłem je bardziej wartościowymi rzeczami, ale o tym innym razem.
Jedna odpowiedź
Bardzo inspirujący wpis!